Gościnnie: Dyktatura

„A to łóżko Ci się podoba?”, „A zobacz te panele”, „Ta kuchnia mi się podoba”. I tak w kółko. Miała już tego po dziurki w nosie. Co ją w tej konkretnej sekundzie meble obchodzą, skoro jeszcze nawet nie wybrała koloru płytek do mieszkania? A o ile się nie myliła – od tego powinna zacząć. Meble w tym momencie były sprawą drugorzędną.

Pewnego dnia poszły z rodzicielką do sklepu, poglądowo, żeby sprawdzić jakie płytkowe cuda mają w ofercie. Jakichś specyficznych parametrów nie ustaliła. Wiedziała, że odcień ma być „ciepły” i już z całą pewnością nie powiązany z szarościami. Miała już szarą łazienkę, w klitce, teraz nadszedł czas na zmiany. Na podłogę miały iść płytki imitujące deski, żeby pasowały do parkietów w pokojach. Doszła jednak do wniosku, że ich kształt nie do końca będzie korzystny. Jako że podłoga miała być identyczna w trzech pomieszczeniach, podłużność kafelków dość niefortunnie wpłynęłaby na i tak juz długi przedpokój. Trzeba było rozważyć jakieś inne opcje, inne faktury i kształty. Ale wysoki połysk odpadł w przedbiegach.

No i się zaczęło…

„A te?”, zapytała rodzicielka. „Ale przecież mówiłam, że nie chce szarości?”, odpowiedziała nieszczęśnica. „No ale one przecież nie są szare? No gdzie?”. Jakby na całej powierzchni płytki??? Poszły dalej. „A te?”, pokazała tym razem na terakotę. „Ale one są na wysoki połysk”… I tak w kółko. Nieszczęśnica jedno, rodzicielka drugie. Jakby w ogóle nie rozumiała po polsku, jakby w ogóle nie docierało co się do niej mówi. A za każdym razem, kiedy się odmawiało to strzelała focha. No bo przecież ona chce dobrze. No może i chce. Ale czemu nie słucha??

W sklepie meblowym też były. O dziwo, tam obeszło się bez szczególnych ekscesów. Nieszczęśnica nawet sama wybrała meble (narazie na zasadzie „te są fajne, jak będę meblować to się mogę po nie zgłosić”). Niestety żadne z oferowanych łóżek nie przypadło jej do gustu. Ale nic straconego, w końcu to tylko jeden sklep. Gdzieś na 100% jest to wymarzone.

Wróciły do domu. Rodzicielka zaczęła buszować w Internecie. Chyba za punkt honoru postawiła sobie znaleźć jej łóżko. I co chwilę padało „a to?”, „o! to mi się podoba”, „a zobacz to!”. Do znudzenia. A jak nieszczęśnica nie wykazywała wystarczającego zainteresowania to następował foch. Armagedon następował, jak padało stwierdzenie „ale daj już spokój, i tak teraz łóżka nie kupie… przyjdzie czas to będę szukać”. „Dobrze, już nic Ci nie powiem, nie będę się odzywać!”, wykrzyczała rodzicielka.

Miała poczucie, że mama urządza swoje własne mieszkanie. Jakby to ona miała się tam wprowadzić i mieszkać. Nie przyjmowała do wiadomości, że to wcale nie tak ma wyglądać. Nieszczęśnica rozumiała, że rodzicielka chce pomóc, ale zupełnie nie odpowiadał jej ten nachalny sposób w jaki chciała to uczynić.

„Tylko nie kupuj tego”, „kup to”, „zrób tak”, same rozkazy. I zupełnie nie trafiał argument, że nieszczęśnica już chwilę na tym świecie przeżyła i serio coś tam jednak wiedziała. „A ile masz pieniędzy?”, „co tak mało? myślałam, że więcej”, „bo ja chcę, żeby Ci wystarczyło” – bo przecież pieniędzmi też jej mała córeczka nie potrafiła się posługiwać.

Wspólne mieszkanie też do sielanki nie należało. Już nie mogła robić tego co chciała, bo despotka usiłowała zarządzać jej czasem. „Musimy iść do sklepu, trzeba obiad zrobić, a gdzie idziesz, za często tam chodzisz, do której pracujesz, na którą idziesz do pracy”…. ciągła spowiedź. Kolejna rzecz: rodzicielka to palaczka i w nosie ma to, że nieszczęśnica nie pali, a dym papierosowy powoduje, że wręcz zaczyna się dusić. Nieistotne. Pani domu chce zapalić i tylko to się liczy. Powróciła również trauma z dzieciństwa, kiedy to nawet w weekend nieszczęśnica nie mogła się wyspać. Fakt, wtedy z łatwością dosypiała do 10. Teraz już tylko do 8. Czy to tak strasznie długo? Po całym tygodniu wstawania przed 6? Rodzicielka nie przejmowała się tym. O 7 zaczynała „imprezy” kuchenne. Myła naczynia, trzaskała zmywarką, chowała garnki i talerze do szafek, a wszystko to za pięciocentymetrową ścianą. I o co ta nieszczęśnica ma pretensje? Nie rozumiała. A córka, żeby mamusi nie budzić rano, kiedy szykowała się do pracy, chodziła na paluszkach, nie zapalała światła, robiła wszystko żeby czajnik nie wydał najmniejszego dźwięku, drzwi od klatki otwierała z klucza, żeby domofon nie piknął. I po co to? Rodzicielka wracając z pracy o 7.30 w niedziele nie fatygowała się szukaniem klucza. W końcu domofon jest na kod, a to że w domu słuchawka piszczy to nieistotne. Przecież 7.30 w niedziele to środek dnia, z całą pewnością nikt już nie śpi, a jeśli śpi to najwyższy czas żeby natychmiast wstał.

Niech ten remont już się zacznie…