Gościnnie: Zmiany zmiany zmiany

Dziś autorem nie jestem ja, ale znana już Wam Kasia vel. Surykatka:D

Zapraszam!!

Wakacje dobiegały końca, wiec już od początku tygodnia musiała jeździć do pracy – a to na egzaminy poprawkowe czy klasyfikacyjne, a to na radę pedagogiczną.

Pod koniec minionego roku szkolnego podjęła decyzję. Bardzo ważną decyzję. Za wszelką cenę chciała wrócić do grona nauczycieli-szaraczków, bo po roku wśród elity dyrektorskiej doszła do wniosku, że są środowiska, od których trzeba trzymać się jak najdalej. Z jednej strony była dumna, że odważyła się na ten krok, a z drugiej szykowała się na wojnę. Wiedziała, że za tę decyzję przyjdzie jej zapłacić. I tak się stało. Stąd te egzaminy – żeby za długo na wakacjach nie siedziała, stąd ten nowy plan lekcji – żeby przez przypadek nie widywała się ze swoją „siostrą bliźniaczką”, stąd obcięcie wszelkich dodatków – żeby kieszeń też poczuła powagę tej decyzji, stąd zabranie „wychodzonej” pracowni – żeby poczuła się jak bezdomny pieseczek. Zapowiadał się bardzo ciekawy rok.

W związku z odebraniem pracowni uznała, że najstosowniej będzie zabrać wszystkie zgromadzone przez ostatnie lata podręczniki, bo nie mogła ich przecież zostawić na łasce losu. Zabrać, tyko dokąd? Wszak mieszka w klitce, w której ledwie mieści się sama z psem. I gdzie tu jeszcze upchnąć tyle książek? Przecież ma tylko jeden mały regał na książki, który już jest zapakowany od góry do dołu. No ale co poradzić? Zaczęła przekładać książki, ustawiać je warstwowo, kombinować. Cudem udało się jej wygospodarować dwie półki.

Zaczęło się pakowanie skarbów w szkole, upychanie do bagażnika i targanie miliona toreb na czwarte piętro – całkiem niezłe cardio swoją drogą. Przewiezienie wszystkiego wymagało trzech kursów. Zaczęła układać na tych dwóch marnych półeczkach.


I wtedy to nastąpiło. Podjęła decyzję o przeprowadzce. W końcu to nie do pomyślenia, żeby w domu brakowało miejsca na KSIĄŻKI. Zadziwiające jest to, że odkąd tu mieszka, narzekała na temperatury panujące tu latem – niczym we wnętrzu Góry Przeznaczenia w Mordorze, na kuchnię, której nie znosiła, bo była jedynym pomieszczeniem w mieszkaniu, na remont której już nie wystarczyło funduszy. Nie… książki były kluczowym argumentem.

No tak, ale skoro w pracy trwa vendetta i wypłata została okrojona do minimum to jakie ma szanse na znalezienie naiwnego banku, który pokusi się o udzielenie jej kredytu? Postanowiła zaryzykować. Wybrała się do szacownej instytucji, w której od lat lokowała swoje skromne grosiki – w końcu gdzieś trzeba zacząć. Pokornie zapytała, czy w ogóle ma czego tu szukać. O dziwo, okazało się, że nie jest aż tak źle z jej finansami. Ma zdolność – póki co, póki do średniej wliczają się jeszcze jej „dyrektorskie” zarobki. Musiała się spieszyć. Wszak, przedłużanie sprawy spowodowałoby, że do średniej zarobków trzeba będzie wliczyć pensję „szaraczka”, a to nie wróżyło nic dobrego.

Zaczęła szukać mieszkania. W zasadzie to inni szukali, ona tylko co rusz otwierała nowe oferty podsyłane jej ze wszystkich stron. I dzwoniła. I umawiała się na zwiedzanie. I zwiedzała. Az nagle weszła do jednego M3… w tym samym czasie usłyszała jak inna zwiedzająca mówi: „Muszę porozmawiać z mężem, żeby też przyjechał obejrzeć, ale bylibyśmy zainteresowani”. Nie było czasu na zwłokę. Trzeba było podjąć męską decyzję. Fakt – mieszkanie nie powalało aranżacją – gołe ściany, stare okna, w zasadzie brak łazienki – do generalnego remontu, jak nic. Ale urzekło ją to gniazdko. Dodatkowo towarzysząca jej rodzicielka weszła w rolę „pieska kiwaczka” i od samego progu powtarzała: „bierz, mówię Ci, bierz to mieszkanie, słuchaj mamusi, jest super”. No to jak na kobietę z krwi i kości przystało, podjęła męską decyzję: „BIORĘ!”

Tu zaczęły się schody. Bank, początkowo tak chętny udzielić jej kredytu, zaczął świrować. Kazał jej wypełniać tony wniosków – najpierw internetowy, potem papierowy, informacje o nieruchomości (kiedy wybudowana, co jest na podłogach, co jest na ścianach… zadziwiające ze o sufity nie pytali). Potulnie wszystko wypełniała, zdobywała inne dokumenty z grupy „niezbędne”. Udało się, miała już wszystko. Żwawym krokiem popędziła zanieść tę całą papierologię. Sądziła, że teraz zostało jej tylko czekanie na decyzję. Myliła się, oj myliła. Następnego dnia otrzymała informację, ze dwa druki koniecznie musi wymienić bo są nieaktualne. Ale jak to możliwe? W końcu pobrała je ze strony banku. Przyjęła to z godnością. Otrzymawszy aktualne druki jeszcze raz je wypełniła i jeszcze tego samego dnia dostarczyła. Przekonana, że teraz już z całą pewnością koniec, spokojnie wróciła do domu.

Czekając na decyzję wystawiła swoją klitkę na sprzedaż. Pomimo dużej niechęci do tego lokum, robiła to z ciężkim sercem. W końcu wszyscy twierdzą, że warto inwestować w nieruchomości, a nie się ich pozbywać. Kiedyś miała plan, żeby wynajmować. Ale życie zweryfikowało ten zamysł: albo sprzedajesz i masz na remont nowego, albo zostawiasz i mieszkasz bez łazienki…

Kupca znalazła w ciągu dwóch dni. Jakie to było dla niej zaskoczenie. Ba! Już w godzinę po wystawieniu ogłoszenia telefon zaczął się urywać. Po dwóch godzinach miała pierwszych zwiedzających. Poszło ekspresowo. Niesamowicie się cieszyła.

Szczęście nie trwało długo. Bank znowu dał o sobie znać: „poprosimy zdjęcia nieruchomości – minimum po jednym w każdym pomieszczeniu, robione w ciągu dnia (ulżyło jej, że nie podali specyfikacji aparatu, którym zdjęcia mają być wykonane), zdjęcie klatki schodowej (seriously?!) oraz otoczenia bloku”. Potulnie załatwiła relację fotograficzną i przesłała do szacownej instytucji. Ale to nadal nie był koniec, o nie. Bank uznał, że bez remontu lokum nie będzie wystarczająco dużo warte, a co za tym idzie zażądał udowodnienia, że dziewczę posiada fundusze. Nie był usatysfakcjonowany umową sprzedaży klitki, bo tylko notariusz jest wiarygodny – ale to kolejny koszt. I jak go uniknąć? Zaczęła szukać źródła dodatkowych zasobów. Jak to mówią „głupi ma zawsze szczęście”. Znalazła dobrą duszyczkę, która postanowiła ją wesprzeć w niedoli. Zostało jeszcze tylko uzupełnienie kosztorysu remontu. How was she supposed to do it? Czarna magia! Ale wypisała, okazało się (surprise, surprise), że wypisała źle. Wprowadzała poprawki pod czujnym okiem doradcy klienta. Oddała. W głębi duszy miała nadzieję, że to już koniec, ale dotychczasowe doświadczenie nie pozwalało jej w to uwierzyć. Spodziewała się niespodziewanego. Na pewno jeszcze czegoś nie załatwiła, znowu będzie musiała wypisywać kolejne druki. W ciągu tego miesiąca wyrobiła normę wizyt w placówce bankowej na najbliższą dekadę. Zajście to miało miejsce w czwartek.

Niespodziewane nastąpiło w poniedziałek. Przyszedł e-mail. Bank łaskawie postanowił podjąć decyzję, docenić jej starania. Decyzja pozytywna. Nie wierzyła w to, co czytała. Czyżby to naprawdę był koniec? Poważnie? Już tylko rzeczoznawca i podpisywanie umowy? Za nic nie może to do niej dotrzeć. Boi się zacząć się cieszyć, bo co jeśli bank znowu z czymś wyskoczy?

 

Wierzę głęboko, że zmiany są dobre, trzeba tylko chcieć:D I wierzę w to Kasiu, że przy tych zmianach za bardzo to się nie poobijasz:D

Keep Calm and Carry On:)