Gościnnie: Początek nowego

Dziś dalsze losy w gościnnym poście😀 K. zaprasza i ja też😀

W końcu! Nadszedł ten cudowny dzień kiedy to mogła się wyprowadzić od rodzicielki. Wytrwała, przeżyła kwarantannę. Nie posiadała się z radości. Już nawet nie przeszkadzało jej to, że czekała na nią cała masa sprzątania, a nienawidziła sprzątać… ale nieistotne – najważniejsze, że nareszcie mogła wprowadzić się do swojego mieszkania, znowu się usamodzielnić, gotować po swojemu, chodzić do sklepu wtedy kiedy chciała i kupować co chciała. Takie małe rzeczy, a cieszą 🙂

Remont trwał niecałe cztery tygodnie. I trzeba przyznać, że szedł jak burza. W międzyczasie oczywiście wychodziły przeróżne nieprzewidziane kwiatki, ale to chyba norma przy takim przedsięwzięciu. Okazało się, że cała elektryka była do wymiany (no cóż, lepiej teraz niż miałoby coś rypnąć za rok…); nie udało się również uratować parkietu – tego żałowała najbardziej.

Ekipa – którą załatwił ten sam Pracowity Pszczółek, który dzielnie pomagał przy przewożeniu rzeczy – okazała się „bandą” cudotwórców. W życiu nie spodziewała się, że ta łazienka owinięta zewsząd rurami jak jakimś spaghetti może TAK wyglądać! To było niesamowite.

Zaczęło się od kompletnej demolki. Wyrywanie drzwi, zrywanie paneli i tapety ze ścian, zrywanie płytek z podłogi, rycie w ścianach na nową instalację elektryczną, na hydraulikę – istny Armagedon. Okazało się, że ściany w przedpokoju były czerwone, a cegiełki z których były zbudowane ledwie trzymały się kupy. Wyglądało to przerażająco. Ale była pełna nadziei, wierzyła, że wszystko będzie pięknie. I jak się później okazało – BYŁO.

Oczywiście nie obyło się bez przykrych doświadczeń. Myślała, że nigdy w życiu nie doczeka się na kabinę, którą zamówiła jeszcze  w zeszłym roku kalendarzowym. Zapewniono ją, że będzie czekać trzy tygodnie na dostawę – ok, mniej więcej za właśnie trzy tygodnie ekipa miała wejść do mieszkania. Wszystko pięknie ładnie. Ale minęły trzy tygodnie i….. cisza.

Zadzwoniła. Okazało się, że kabina przyjechała, ale coś było nie tak z transportem i przybyła uszkodzona, więc trzeba czekać na nową, ale spokojnie, już nie 21 dni, tym razem będzie szybciej. Nie była… nieszczęśnica czuła się kompletnie zlekceważona, ponieważ nikt ze sklepu nie kwapił się do przekazywania jakichkolwiek informacji… to ona wydzwaniała jak ta potłuczona i dopytywała. Aż tu nagle… telefon odebrała kierowniczka sklepu i okazało się, że kabina przyjechała. Po zaledwie SZEŚCIU tygodniach. Cud na Wisłą! Nieszczęśnica wylała na panią kierownik całą swoją frustrację związaną z obsługą klienta, która dość mocno kulała, żeby nie powiedzieć – nie funkcjonowała w ogóle. Ale patrząc na jasną stronę całej sytuacji: w końcu miała kabinę.

Okazało się również, że ma „cudownych” sąsiadów, którzy po zaledwie tygodniu remontu byli „na skraju wytrzymałości” i z uporem maniaka wydzwaniali do spółdzielni poskarżyć się jaka to straszna jest ta nowa lokatorka i jej ekipa. Śmiech na sali. Pierwszy telefon ze spółdzielni zniosła z godnością, przyjęła na klatę wszelkie oskarżenia. Pogadała z ekipą, ustalili wspólny front działania i ok. Po czym, pod koniec remontu odebrała kolejny telefon. Pan po drugiej stronie mówił do niej mocno podniesionym głosem, nie dając jej nawet dokończyć zdania. Po raz kolejny oskarżał ją i ekipę, że uprzykrzają życie lokatorom zastawiając klatkę materiałami budowlanymi. Że ekipa od 7 rano wierci jak najęta. Ale moment… jakie wiercenie i jakie materiały, skoro tu już tylko wykończenie było? Znowu zadzwoniła do ekipy, żeby zweryfikować o co chodziło. Nie, to nie były jej materiały. Wszak mieszkanie obok, również było remontowane, w tym samym czasie. Wspominała o tym (a przynajmniej starała się) podczas rozmowy z szanownym pracownikiem administracji, ale nie przyjął tego argumentu, bo „sąsiedzi powiedzieli, że to jej wina”. Po zweryfikowaniu sprawy chciała oddzwonić do tego pana i powiedzieć mu co myśli o takim sposobie załatwiania spraw, niestety odebrała pani… na niewinnej kobiecie nie będzie sie wyżywać. Przedstawiła sytuację i została zapewniona, że pan się sprawą zajmie, zweryfikuje i ewentualnie zadzwoni do niej. Nie zadzwonił – oczywiście. Zatem, następnego dnia (skoro i tak jechała do mieszkania) postanowiła wejść do spółdzielni i osobiście zapytać czy pan sprawę ogarnął. Jednocześnie wyraziła swoją opinię dotyczącą sposobu obsługi mieszkańców i zasugerowała drobną zmianę postępowania. Ale od tego najbardziej zainteresowanego nie usłyszała tego jednego magicznego słowa na „p”, no gdzie tam… męska duma by ucierpiała.

Na szczęście wszystko to poszło w niepamięć, bo po co się zamartwiać ludzką podłością, skoro można w końcu wprowadzić się na swoje?

W przeprowadzce pomagała jej kolejna Kochana Mróweczka. Dzielnie pomagała w zapakowywaniu i rozpakowywaniu samochodu, w dźwiganiu wszelkich pakunków, a nawet w sprzątaniu poremontowego bałaganu. Wspólnie przenosiły pudła z pokoju do pokoju, żeby nieszczęśnica miała chociaż malutki skrawek podłogi, na którym mogłaby rozłożyć sobie materac. Tak, musiała spać na pompowanym materacu, bo wprowadziła się do zupełnie pustego mieszkania. Nie miała żadnych mebli. Ale zupełnie jej to nie przeszkadzało. W końcu nie w takich warunkach już się mieszkało na różnych wyjazdach 😉 A poza tym, przecież taki stan nie miał trwać w nieskończoność. Po tygodniu od przeprowadzki przyjechała pierwsza partia zamówionych mebli, a wśród nich łóżko (w składaniu go pomagał oczywiście wcześniej już wielokrotnie wspomniany Pszczółek; a samo składanie było drogą przez mękę – nie dość, że wszystko ciężkie przepotwornie to jeszcze instrukcja z piekła rodem). Razem z łożem przyjechały 2 komody, a dwa dni wcześniej nieszczęśnica zaopatrzyła się w regał na książki (istotna kwestia, wszak ze względu na brak miejsca na książki postanowiła się przeprowadzić). Nie mogąc się doczekać pomocy przy składaniu, sama wzięła się do roboty. Własnoręcznie skręciła regał i dwie komody (no dobra, szufladki w szafce rtv złożył Pszczółek); jedyne czego nie przykręciła to drzwiczki… nie dlatego, że nie umiała, ale okazało się że drzwiczki uległy uszkodzeniu w czasie transportu i musiała je reklamować. Ale mimo wszystko, była z siebie MEGA dumna 🙂

A teraz pozostało czekać na resztę zamówionych mebli i na szukanie nowej pracy – w końcu takie miała postanowienie… a że nie było to postanowienie noworoczne to zdecydowanie trzeba było je zacząć realizować 😉

A dla podsumowania remontu: 

A teraz…Keep Calm and Carry On:)