Rok bycia mamą

Rok to jakby dużo, ale i niedużo czasu. Zależy w kontekście czego obliczamy czas. W byciu mamą to dla mnie ułamek, mikro cząstka. Bo i tak nadal nic nie wiem. Serio, dla nauczyciela takie poczucie jest śmiertelnie groźne. Ale co zrobić, nic nie wiem, nadal doświadczam, frustruję się, uczę się nowych rzeczy, a no i oczywiście chodzę, dycham w chronicznym zmęczeniu. Tak, tak wiem….Już nigdy się nie wyśpię….

Tak czy owak, rok temu o godzinie 11:00 Pan Ordynator robił mi USG, po którym zapadła decyzja: to dziś, od tego dnia nie będzie dwupaku, będzie mama i Julisia. I tym sposobem o 11:50 byłam już na sali operacyjnej..Moja przygoda z byciem mamą zaczęła się traumatycznie. Takie mocne uderzenie w głowę. Szok i „narkotyki”, hihi, kto wie to rozumie…

 

Potem kolejne dni uczenia się brania na ręce, podziwiania oczek, rączek i stópek. I tego, że to maleństwo to takie tycie, że się nie spodziewaliśmy. Początki patrząc z perspektywy czasu nie były aż takie trudne, wiecie brzuszki, pieluszki itd. Póki spała, jadła, spała, jadła to ok. Schody zaczęły się jak zaczęła być bardziej aktywna, a teraz jest ciężko…Raczkowanie, wstawanie, najlepsze zabawki to nie te za setki złotych, grające, świecące, bo przecież firmy się prześcigają w koncepcjach, tylko pojemniczki z szafki kuchennej, obrus, pilot czy też kapcie. Serio, kapcie to hit!!! A jak mają uszy i ogonki, OMG, miłość nie z tej ziemi.

Mnie się trafiło niewątpliwie dziecko o większych potrzebach czy też potocznie zwane „trudniejsze”, o tym możecie poczytać u Dagmary z całą reszta, polecam. Nie ważne jak ten typ dzieci nazwiecie, marudzenie, aktywność i nie możliwość zaśnięcia, powala mnie na kolana. Autentycznie frustracja sięga zenitu. Każda mama zrozumie, że jak już się wszystko sprawdziło i płacz nie jest od pieluchy, głodu i innych pewniaków, to się za chiny ludowe nie dowiecie od czego, a to małe drze się i drze. Frustracja jest wtedy ogromna. Są chwilę, że płacze się razem z tym płaczkiem, bo nic więcej nie zostało.

Są momenty śmiechu, bo śmiech to to moje dziecko ma zaraźliwy. Są chwile cudowne, kiedy pojawia się nowa umiejętność czy inna sylaba. Ostatnio radośnie reagowaliśmy na tatatadadadaga itd. Każdy dzień wygląda tak samo, praktycznie…Co dla mnie jest dość ciężkie, bo osobiście lubię zmiany, lubię jak coś się dzieje, trudne do zaakceptowania jest delikatnie mówiąc uzależnienie swoich planów od dziecka. Ale …. Każdy dzień jest też pełęn nowych doświadczeń, nowych wyzwań.

Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że codziennie, co wieczór czuję się tak wykończona jak jeszcze nigdy w życiu, jedyne o czym marzę to iść spać i przespać 12h ciągiem (nie, nie jest mi dane), a do tego dochodzi to zdanie w głowie…Chyba nie jestem najlepszą / idealną / dopisz co chcesz mamą! I wtedy muszę sobie przypomnieć słowa MamyLekarz…O tutaj🙂 I jakoś mi wtedy lepiej.

Tak też, codziennie staram się dawać z siebie 150% z większym lub mniejszym skutkiem. Podziwiam każdą z mam, które dają radę!!

Życzenia swojej córce będę składać, ale mnie też się należą życzenia:D Więc sobie je złożę:D Życzę sobie więcej cierpliwości, wytrzymałości, energii, umiejętności absorbowania energii z powietrza:D

Można powiedzieć, że tego i sobie i Wam (Mamom) życzę:D Idę zjeść ciasto i wypić zimną kawę:D

Keep Calm and Carry On:)